Nazywam się Barbara Szewczyk-Szelka. Internetowy pseudonim – Basza. Fotografia to moja pasja granicząca z uzależnieniem.

Kilkanaście lat temu podchodziłam do mojego pierwszego analogowego aparatu fotograficznego jak do jeża. Ale kiedy odważyłam się w końcu pewnie i świadomie wziąć go w dłonie, to już go nie wypuściłam. Dziś jestem członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików.

Największą satysfakcję sprawia mi portretowanie ludzi (portret naturalny, psychologiczny, reporterski, dawniej również kreacyjny, pozowany) oraz miejsc, w które wkracza postęp, które zmieniają wygląd, tracąc swój pierwotny urok i klimat. Najbliższe są mi fotografia socjologiczna, humanistyczna, dokumentalna, street photo. Moim marzeniem jest móc wsiąść do samochodu, położyć na siedzeniu pasażera sprzęt fotograficzny i ruszyć nieśpiesznie, jak Robert Frank, przed siebie. Zatrzymywać się, gdzie dusza zapragnie, rozmawiać z napotkanymi ludźmi i poprzez fotografie opowiedzieć ich historie. Obserwując ludzi w różnych środowiskach i zakątkach świata, ciągle odkrywam na nowo przesłanie The Family of Man: „Wewnątrz wszyscy jesteśmy identyczni. Nigdy nie przestanie nas to zadziwiać.”

Prawdziwa fotografia jest dla mnie aktem nieinterwencji. Nie aranżuję, nie reżyseruję kadrów. Fotografując, staram się być niewidzialna, stanąć z boku i pokazać prawdę. Obróbkę plików w programach graficznych sprowadzam do niezbędnego minimum.W końcu przestałam zwracać uwagę na drobiazgi i stosuję się do rady Tony’ego Vaccaro: „Nie przejmuj się tym, jak dobre będzie zdjęcie pod względem warunków i światła. Zrób je mimo wszystko. Jeśli oczy mogą coś zobaczyć, to rób zdjęcie.” Nie zawsze ważne jest, co zdjęcie pokazuje. Ważniejsze jest o czym mówi.

Fotografia – hobby, pasja, sposób na życie. Dźwigając wszędzie sprzęt fotograficzny, zauważyłam jak łatwo wpaść w pułapkę. Pogoń za ciekawym kadrem odbywa się najczęściej kosztem rezygnacji z przeżyć. Podróż staje się strategią gromadzenia obrazów. Dziś potrafię już ważne dla mnie rzeczy wyważyć. Dlatego podróżowanie, wyjście z własnej strefy komfortu traktuję przede wszystkim jako możliwość poznania ciekawych ludzi, zachłyśnięcia się atmosferą nowych miejsc, radość z bycia w drodze, a nie polowanie na udane zdjęcie. A jeśli przy okazji takie powstanie, to frajda jest podwójna. Mogłabym pewnie robić więcej zdjęć, organizować więcej wystaw, ścigać się o nagrody w konkursach, ale nie odczuwam takiej potrzeby. Ważniejszym jest, aby coś na 100% przeżyć, a nie zarejestrować i utrwalić.

Moim mottem są słowa Roberta Capy: „Jeśli Twoje zdjęcie nie jest dobre, tzn. że nie podszedłeś dostatecznie blisko.”